Wlasciwie najwygodniej byloby wrzucac same zdjecia, ale opis tez dorzuce.
4 dni po naszym przyjezdzie zawitala do Japonii Wielkanoc. Wlasciwie wiekszosc nie-Europejczykow nie bardzo orientowala sie, coz to takiego, wiec ofiranie zaczelismy tlumaczyc, ale wylozylismy sie na zawilosciach religijnej terminologii. Wielkanoc zatem zostala przedstawiona jako przyjemne swieto, podczas ktorego je sie duzo jajek i zurek. Na wielkanocnym sniadaniu mielismy nawet jednego kolege z Chin.
Po sniadaniu pojechalysmy z Marta do glownej katedry w Kioto na msze po japonsku. Niektore elementy rozumialam, ale wiekszosci sie jednak musialam domyslac. Ciekawy zwyczaj maja tutaj kobiety. Podczas mszy zakladaja na glowe biale serwetki.
Po mszy przeszlysmy sie z Marta (dla wszystkich niewtajemniczonych – Marta kolezanka z japonistyki, moja wykladowczyni, ktora tutaj bedzie uczyc polskiego i pisac doktorat) nad rzeka i dotarlysmy do wyspy obok stacji Demachiyanagi. Tam swiatecznie ucztowali znajomi Marty z Uniwersytetu Kioto, wiec sie do nich przylaczylismy. Tutaj swiateczne sniadanie polaczone bylo z hanami. Mielismy nprawde swietne miejsce do podziwiania wisni, a do tego przygrywala nam jakas mini oriekstra, ktora robila sobie cwiczenia w parku. Bylo super przyjemnie, ale dopiero po powrocie do domu zobaczylam, ze slonce spalilo moja urocza twarzyczke na totalnego raka. Pierwsze pytanie skierowane w moja strone, po moim wejsciu do kuchni brzmialo “Jezu! Ile ty wypilas!?” Slonce tutaj naprawde jest super mocne, wiec musze sobie kupic mnostwo kremow ochronnych.
A na mile zakonczenie Niedzieli Wielkanocnej poszlismy spora grupa na okonomiyaki (opisy i zdjecia potrawy o ktorych bede mowic mozna znalezc w internecie).
Nasi kochani Japonczycy pomysleli o wszystkim i zarezerwowali caly lokal dla nas. A my jak zaczelismy jesc, tak siedzielismy tam ponad trzy godziny. Tak sie rozsmakowalismy w japonskich specjalach, ze szef kuchni na nasza prosbe zrobil jeszcze yakisoba.
Najedzeni i zadowoleni bardzo sie zasiedzielismy i niestety uciekl nam ostatni autobus (a Kioto nie ma czegos takiego jak autobusy nocne). Musielismy zatem na pieszo wracac do akademika. Zajelo nam to jakies 40 minut, ale sie baaaardzo przydalo po takim napchaniu brzucha. A teraz najlepsza czesc wypadu na okonomiyaki, specjalnie dla Adama W, zeby Cie ciut podenerwowac i zmobilizowac do przyjazdu. Za wszystko (oko+soba) zaplacilismy 600 jenow!!! Czyli jedlismy praktycznie za darmo, bo srednio takie wyjscie to koszt 1000 jenow w gore (za jedna potrawe).
Namawiam goraco do robienia okonomiyaki w domowych, polskich warunkach, bo jedno moge stwierdzic z cala pewnoscia, wcale nie bylo gorsze od tego, ktore moj japonistyczny rok robil na kilku spotkaniach.
calusy
olga

